pił sobie człowiek
Kategorie: Wszystkie | spontaniczna fermentacja | terroir | wina naturalne
RSS
czwartek, 01 marca 2018

Opowieść (pre)historyczna w rozkręcie powolnym dana

odcinek pierwszy (drugiego nie będzie...)

(Mironowi ad memoriam 90/30)

Jest 17 października roku Pańskiego 2012. Popijam niespiesznie Munjebel Bianco 5. To znak. Telefonuje Jacek Szklarek: może byście na śniadanie jutro prasowe do Wojtka Amaro? “Gęsina na św. Marcina”, rekomendacja Slow Food Polska dla Wojtkowej Ateliery? Niestety o 10 rano… Głowa boli mnie i siebie. Pusta jak duże zero z cieniem… A jestem w Otmęcie, czyli pobudka o 3 nad ranem, taxi do Gogolina (pieszczotliwie Żożolę), pociąg do Kędzierzyna czy Koźla i potem do Warszawy. Rezygnuję… Wstaję o 3:44, nawet nie-świt nie-szary, zamawiam taksówkę do Opola i stamtąd już tylko 5 godzin do stolicy. Stawiam się w punkt. Czekamy tylko na warszawskich zbytników; można im wybaczyć, bowiem często wzdrygamy się przed zbyt pięknym początkiem, jak pisał Bloch. Tymczasem za oknem Atelier, Zbyszek Kmieć kochany, miga w szybie! Jak w bajce o wielorybie, podźwigując… wielkie wiadro. Wprost do kuchni, więc żmudne oczekiwanie umila nam zagadka. Wojtek tajemniczo tylko łypie. Brzany!, rzucam pospiesznie. Nie, pewnie jesiotry, podąża rybim tropem Jacek. Raczej grzyby, dodaje Tadziu, nieliczny punktualny. W końcu zagląda Zbyszek. Jak zawsze uśmiechnięty i zadowolony. Co tam macie bracie?, zapytuję. Ano moszcz winny z wszelkim entouragem, z seyvala, hibernala i jutrzenki od Pawła Wieczorka, mój drogi! Bóg jeden wie po co, myślę, ale artystów nie pyta się o warsztat. Zaczynamy śniadanie. Życia sam zapach! Masło Mariana Nowaka, półgęski Renaty Osojcy (oj dałbym się pokroić), okrasa Gosi Chomicz z Topolna i mnóstwo innych Modestiów. W międzyczasie Zbyszek szeptem podpytuje kelnera i znaczącym ruchem głowy pyta: dla Ciebie też? Odkiwuję. Bo woda odchodzi – pragnienie przychodzi i na stole stają dwa kieliszki szprycera: Sibemus z Kingą Pienińską. Chwalić Boga! No i Zbyszka. I przede wszystkim Wojtka, o którym Jacek, w swej laudacji: zaangażowanie w poszukiwanie wyjątkowych, polskich produktów i interpretowanie ich w autorski i mistrzowski sposób, to coś niezwykłego w polskiej gastronomii. Dzisiaj Atelier Amaro prawie w 80-90% pracuje na bazie polskich produktów i daje innym przykład, że na wyciągnięcie ręki mamy takie perełki jak sieja z Suwalszczyzny, jagnięcina podhalańska, zioła Maćka Jabłońskiego, dzikiego łososia bałtyckiego czy miody pitne Maćka Jarosa i nalewki Karola Majewskiego. Warto to podkreślić. Często ludź uważa, iż kuchnia Amaro, to jakoś-jakaś tam kuchnia molekularna. Probówki, szalki, gazy, zagęszczacze i niezdolność do asymilacji molekularnych pianek, że zacytuję, beznazewnie. Ona tańczy dla mnie! Ciężką pracą można w środku wielkiego miasta dbać o polskie i regionalne produkty i promować je, mówi Wojtek, to dla nas ogromny zaszczyt i niewątpliwa nobilitacja. Dla nas nawet większa. Radości świadomość jest tańcem!

15894738_1309468402429291_7514941478098924462_n
Czas, jak to czas, płynie nieubłaganie i po kilku chwilach udajemy się ze Zbyszkiem na organizowaną przez Winicjatywę i Nas, chyba Nas, Wielką Degustację Sycylijską (sprawdzić czy nie…). W zasadzie nie na degustację, tylko po to by spotkać się z Giusto (wybacz Michelle!). U boku Giusto piękna Martha. Wino dziewczę czyni. Bujna dziewczęcość, smukła kwiecistość, toczona zwąchań struktura: jak ja kocham to Frappato! Przywołuję bliższych i dalszych, zmuszam, wymuszam, w kajdany zakuwam! Niech wiedzą! I następca naszego (nie)oficjalnego zwycięzcy Grand Prix, Nero di Lupo 2010. Cudniejsze niż 2008. Bukiet-grzywa, pieprzne-wietrzne, burza lwia róża. Ach, trach! I stare Rami przewrotne, które w Da Pietro… Później będzie, później. Z wyprzedzenia, zbyt śpiesznie, myśląc zaczasem, o Krakowie tymczasem. I drugi raz jak pająk pajęczynę. Tymniemniejsz w Warszawie… Wyjeżdżamy. Zbyszek telefonem mąci. Serca jelenie, brzany, jesiotry i kawał żubra zamawia. Serca od panien, polowczyń bez serca. Dojeżdżamy drogą skrótną w gościnę, na chwilę, do Zbyszka Sierszuły, na nalewki. Na minut ledwie siedemnaście + dziesięć, a może i nieco. Zabójcze są, więc znikamy i za czas jakiś… Ale o tym w następnym odcinku.
Następny odcinek. Docieramy do Jerzmanowic. Samotni przy Ojcowskich Skałkach. Samotni… Gwar, szmer, rwetes, zgiełk nas wita. Dzieci masa, dwa psy, kotów kilka, brakuje jedynie wilka. Jest! Owczarzny, ślicznie wrażny! Biega, warczy, podstópuje, mięknie w oczach i miłuje! Pana swego… Cóż, do garów biegniem rączo jak do malin pędził …czo. Zbyszek jak to Zbyszek, gotuje. Wątróbkę w musztardzie. Sączymy stare soave i spać, bo ranem się udzieje. Wielce udzieje.
Tymczasem, po czasie, powoli powoli, po schodach w szybie widmo się gramoli. Ani chybiej. Cisza tak głośna, że wrzaskiem umysł się budzi. Tak sobie leżę-myślę czy zaraz napadnie mnie coś i zje? Jednak oblizuje, nie je. Kochana, rhodesianówna Jackowa w pełnej krasie, pociągnięciem jęzora wita zbyt rannie. Oczy sklejone, morda zalepiona. Ruchmam choć. Do wody. Na przedśniadanie Zbyszkowe żołądki. Kurze znaczy. Pół godziny roz…ruchu rozkła-du i z miejsca ruszamy.
Zaczasem Kraków. Świeci… Dzień. Zakurzony. Skrojone według jednego manekina połyski przechodniów. Jak my. Szary ranek, roztrzęsiony z radości, piękny… Koniny ze Zbyszkiem szukamy. Nie dane nam. Kleparze, Stary i Nowy, świecą pustkami. Wypożyczalnia sennych przeżyć. I czas, jak to czas, rozłazi się jak te wszy. Z otumanienia obserwunku, dość obrachunkowa w wizerunku, wyrywa Barbara barokowa, taka ruchliwa dokoła. Na Grzegórzeckiej, panowie, na Grzegórzeckiej znajdziecie!, pokrzykuje. Dziękując niecierpliwie ruszamy (przecinek w zależności, pomiędzy). Jednak chodzenie za duże zmęczenie. Rzucamy się tramwajem. A tu dla odmiany rura w głowie buczy… Trudy poranka umila oczekiwanie na Giusto. Za godzinę z drobnicą. Jużci!
Tymczasem Hala Grzegórzecka. Mniej sennie, bo w sercach nadzieja. To z jednej, to z drugiej nas kierują i bęc! Śliczna panna, w sklepiku, konie i źrebaki rozczłonkowane do szpiku, poleca. Rozochoca nas wizja posiłku, choć piszącemu nie będzie dana… Zbyszek zamawia polędwicę, serca (również ze źrebiąt, a jakże) i obiecuje odebrać w granicach czwartej. Jakieś dziesięć kilo…
Tymczasem u Giusto. Wysiadamy z pociągu. Jacek nie czeka, czekać miał był. Nie czeka. Co robić mamy? Idziemy w słusznym, daliż?, kierunku, a tu nikto. Zniechęcenie? Wracać? Wsiadać, wysiadać, jechać, iść, czekać, rzucić czy znikć?
Tymczasem pędzimy ze Zbyszkiem z Grzegórzeckiej na dworzec. Na szczęście koninę odbierzemy później. Zbyszek znaczy. Zachodzimy tunelem. Nowocześnie! Wpadamy peronem i… są! Oczekują na wskroś nieprzygnębieni. Ufff. Pędząc biegiem powolnym, zdążamy ku Trzynastce, skręcając głowy do kilku chmur. Grrr, brrr, przefrrr. Wszędzie srają… Te gołębie. Jak Kuczokowe szpaki w Rzymie.
Docieramy na skromne śniadanie i szampana, jak to na śniadaniu, i rugamy Jacka. Dobrotliwie. Pieszczotliwie. Dobudliwie. Rozciągliwie. Telefonu zapomniał i czeka. W Trzynastce. Józek też już jest. Za-później Rami, Frappato, Cerasuolo i Nero di Lupo popijamy. Niespodzianka dla gości w zanadrzu. Aż mnie myśli świerzbią! Aż we łbie mi się mierzwią! Nie wyjawiam. Tymczasem ruszamy. W Kleparz Stary. A na Starym grzybów masa niezłakniona! Giusto i Martha szaleją. Próbują, kupują, obcują, calują. W rydze smaczniste celują. Raj tu nielichy macie bracie!, rzuca Giusto. Raju bielańskiego jeszcze nie przeczuwa! Powolnym nieśpiechem w kierunku rzeczonego ruszamy i oczom naszym (z lotu bociana dany) ukazuje się krajobraz jako oko:

Winnica Srebrna Góra ©Mirek Jaxa Kwiatkowski

Ale o tym co się dalej darzyło w następnym odcinku. Prawdziwie następnym. Tym, którego nie będzie...

 
Źródło: taxi, pociąg, taxi, chód, tramwaj, chód, szampan, śniadanie (to drugie), autostrada, faje, za swoje. A Cerasuolo, które niby popijaliśmy, skradłem, by wieczorną porą w samnasób… Mironowi też skradłem. Za pozwoleniem… 

 

21:01, vigneto.monty
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 24 grudnia 2017

Umówiony z wszystkimi w Biedronce dopiero o wpół do trzynastej, przyszedłem tam już o wpół do dwunastej, po to by móc bez przeszkód, tak jak to sobie zaplanowałem dużo wcześniej, obserwować ich wszystkich z możliwie idealnej perspektywy. Jako że wolę siedzieć niż stać, zwłaszcza kiedy obserwuję ludzi, przycupnąłem na firmamencie ich niezgłębionej głupoty.

Quentin_Massys_030
Panie Irku! - krzyknęła w stronę półznanego krakowskiego bloggera, pieszczotliwie zwanego przez nowożytną fenicjankę Tatusiem Świnką, pani Stasia - winka czekają już od wczorajszego przedpopołudnia!
O jakżę jestem pani wdzięczen! - odrzekł w swoim niepowtarzalnym, przepoczwarzonym stylu Ireneusz - Mam nadzieję, że wineczka będą rubiśnie kolorowe! - zażartował areburzyście jak zawsze w swoim niepowtarzalnym, nieco nienagannym stylu. Zasępion, gdyż jego półznany intelekt doświadczał: wino nie zna litości, mówił do siebie i sobie za każdym razem, idąc do ustępu, i wchodził do ustępu. Ustęp jako taki, pełen jest niespotykanych, więc Ireneusz świadom i nieświadom zarazem - ach ta różnica ontologiczna, rzekł w myślach - napotkał Innego, tym razem już całkiem niepół- znanego krakowskiego blogera-smakosza. Dlaczego wszystko jeszcze nie zniknęło?, zarzucił Jakub Większy. Zwykle moje wypróżnienie było radosne! - krzyknął. Coś się jednak zmieniło. I To zmieniło się w jeno wstrętną i posępną formę gąsienicy. Ten pstry niebezpieczny zwierz jeszcze nieskrzydlaty... Gdyby człowiekowi dany był wielki jak bukłak wina pęcherz, nie mówiłby: dlaczego nie mam skrzydeł! Gdybym mógł tylko, został naprawdę, dzięki słonecznieniu rozpowity i wypuszczony ku światłu! - powalił głębią swego już całkiem niepół- znanego intelektu, czym zupełnie zbił półznanego Ireneusza z kresomózgowia. By zmienić temat, choć w jakimś głęboko niepojętym pół-sensie swego pół-znanego intelektu wiedział, że odnalazł Innego, pełnego odwagi, dumy, dzielności, nie-pół-głębi, pewności siebie, woli duchowej, żądzy Innego, rzucił w stronę Jakuba Większego: a czy nie miała tu być z nami nasza Marzanna, MW z dopiskiem przyszła? Jednak jego głos pozostawał bez echa. Jakub Większy wykonując swoje czynności, lustrował wzrokiem, w zwykły sobie, dla każdego, kto go nie znał, nieprzyjemny sposób, sufit. Czy to kres? Może jakaś myśl rozpowije? Nalegał w natrętnych nieco nie-pół-myślach, by przestano mylić głęboko pół-myślących wyrobników z tymi onegdaj nie-pół-myślącymi. Starał się za wszelką cenę pozbyć owej głęboko tkwiącej w intestinum crassum zarazy. Tatuś Świnka dość szybko zorientował się, że ustęp nie jest mu pisany i musi jak najszybciej opuścić ów przybytek pełen nieczystych nie-pół-myśli. Dla mnie to za dużo, oświadczył w duchu, nie mogę sobie pozwolić na rozbestwienie. W międzyczasie przyglądałem się łypiąc tej pół- i nie-pół- bójki w myślach, zastanawiając się czy zasada racji dostatecznej nie została właśnie trwale zdegradowana, choć zdawałem sobie sprawę z tego, że w afirmacji wielkości tkwi radość z tego co (wy)próżne. Absolutnie się nie narzucając, podszedłem Ireneusza od tyłu, nadal z rozbawieniem, ale i niezbywalnym zaciekawieniem obserwując jego przedwigilijne zmagania. Zdawał się pytać w ciszy wszystkich i nikogo wokół. Czy podać do karpia coś rubinowego, naśladując korzenne śledzie bornholmskie, czy też pójść po linii projekcyjnej Winicjatywy? Piekło pół-myślenia nie pozwalało mu na odrobinę choć skrytości. Wrząc cierpiał, szalał w pół-myślach i zarazem porzucał owo bez-pół-myślenie.
Tymczasem zbierało mi się na wymioty. Czy mogło mi się przydarzyć coś koszmarniejszego?
W międzyczasie niepół-myślacy pisarz zakończył ustępne zmagania i w swoim nienagannym, głęboko nie-pół-przemyślanym stylu, rzekł, trawestując kandydatkę do blogerki roku: Ireneuszu, skoro wino jest głównym tematem prowadzonych przeze Ciebie rozmów, a nie każdy z Twoich rozmówców chce o nim słuchać... Cóż więc robić?, wykrzyknął człowiek pragnący własnego schyłku. Zacznij pisać i módl się!, poradził Dżej Dablju, nie przypadkiem ów przydomek noszący wszytskopisarz. Kiedy wiesz, że nikt ci nie przyjdzie z pomocą, to warunki są idealne, by potrzebować Boga.
Zaś Marzanna, MW z dopiskiem przyszła, jednak nie przyszła. Zmartwiony i pocieszony zarazem Ireneusz, podziękował Dżej Dablju za doskonałą radę, którą wprawdzie opacznie pół-zrozumiał, i ruszył ku drzwiom. W owych gościa spotkał nieoczekiwanego, promotora kulinarnego, lecz speszony jego blaskiem umknął niepysznie by przygotować wina, których zresztą od pani Stasi, zmęczony oczekiwaniem na głębie przekazu, nie odebrał. Już nigdy oferta z Biedronki nie będzie tak dobra... - po-pół-myślał z rozrzewnieniem. Zgodziłem się z Ireneuszem. Oddawanie uryny jest u narodów cywilizowanych dziko reglamentowane. Tym-za-nadczasem głęboki pomruk schodzącego głosu zadudnił u wylotu schodów: Introibo ad altare Dei, ad Deum, qui laetificat iuventutem meam! Zgodziłem się. Wesołych Świąt!

15:30, vigneto.monty
Link Dodaj komentarz »
sobota, 23 września 2017

W tej samej chwili, kiedy łyk pomieszany z okruchami dotknął mojego podniebienia, zadrżałem czując, że się we mnie dzieje coś niezwykłego. Owładnęła mną rozkoszna słodycz, odosobniona, nieumotywowana… Skąd mogła mi przypłynąć ta potężna radość? Czułem, że jest złączona ze smakiem, ale że go przekracza nieskończenie. Skąd pochodzi? Jasne, że prawda, której szukałem, nie jest w nim, ale we mnie. 

                     Marcel Proust, W poszukiwaniu straconego czasu, t.1

Czym jest winna tradycja? Czymś na zawsze utraconym czy ciągle w nas istnieje? Może jest nieuchwytna i niedostępna wszelkim próbom przywracania jej do życia? A jeśli można ją odzyskać w jakiś „magiczny” sposób, to w jakim celu?

Przeszłość jest nieprzenikniona, nieruchoma i bardziej zagadkowa niż teraźniejszość, ponieważ została zatrzymana raz na zawsze, a jednocześnie rozprasza się, jest nieuchwytna i niedostępna wszelkim próbom „przywracania jej do życia” (choć zwykło się uważać, że w sposób magiczny dokonał tego Proust). Te słowa Nicoli Chiaromontego tkwią we mnie od wielu lat jak pewna porzucona namiętność, i kiedy zastanawiam się nad winnym światem, nad tym co pozostało, często zapuszczam się w myślach w te rejony, rozważając owo za i przeciw we współczesnej enologii. Czy można powiedzieć, że tworzenie wina zawsze było tylko interpretowaniem, ponieważ należało decydować w oparciu o kontekst (a kontekstem jest tu terroir), decydować o tym jak obraz ma zostać połączony ze znaczeniem i w jakim kierunku podążać. Bowiem przypominać, przywracać to nie tylko wydobywać coś niezmiennego z pamięci, lecz wnosić coś dawnego do nowego oczekiwania, które stanowi nowy kontekst zmieniający treść dawnego doznania. Przypominać to nadawać nowy sens wspomnieniu, ujrzeć je z nowego punktu widzenia. Ta niedookreśloność poucza nieco o deficycie poznawczym, bowiem ciągłe roztrząsanie jakiegoś zagadnienia z przywoływaniem tradycji nie oznacza, że komuś coś się rozjaśniło. Czy wsłuchiwanie się w te myśli nie jest wyłącznie skumulowanym w umyśle minionym już doświadczeniem? Nie wiem... Muszę pomysleć....

matka_dziecko

Znalezienie obiektywnej metody rozróżnienia, jako środka pozwalającego lepiej zrozumieć to, co minione, to nadal wyłącznie antycypowanie własnych ekstaz i przemyśleń. Chodziłoby tu raczej o przekształcenie tych doznań, zawartości myśli w zawartość prawdy, wymuszenie nowych narodzin, jakąś koncepcję innowacji, odzyskanie pojęcia autorefleksji. Zaangażowane poznanie zamiast patetycznego uwznioślenia, tak częstego w interpretowaniu (wina). Zrekonstruowana przeszłość jako brama owej innowacji jawi się jako przeoczony, choć decydujący czynnik. Zwykle nie analizuje się tego stanu rzeczy jako problemu, dlatego wciąż jeszcze cierpimy na notoryczną niepewność, niepewność co do tego, o czym właściwie mówimy. Nie możemy znaleźć wystarczająco doniosłego poznawczo języka, ciągle pozostaje w nas ów element niewspółmierności. Uśpiona świadomość zamyka w nas to co najważniejsze. Ekstazę. Nie ma już w nas tej wybuchowej spontaniczności, która pozwala na widzenie, ujrzenie tego co istotne. Uzasadnione rozczarowanie, pogodzenie się ze sprzecznościami i iluzją tego co możliwe. Jakby powiedział Chiaromonte, pozostaje tylko pięknoduchowa gadanina wszystko-rozumienia. I tu właśnie czai się nieporozumienie. Bowiem to tylko lęk przed nieznanym. Interpretacja stara się zawsze, nieszczęśliwie, ściśle dookreślić to, co osobliwe (jak wino). Wg Adorna, to co osobliwe, chcemy zwykle wyrazić przez coś już poznanego, lecz tym samym usuwamy z wyjaśniania, to co owego wyjaśnienia właśnie wymaga. Tu tkwi źródło deficytu poznawczego. Lęk przed nieznanym, który osacza, gdy nagle zagubimy się wśród form poznania nowych zjawisk. Wydaje nam się wtedy , że naruszona została zasada, którą przyswoiliśmy sobie jako nienaruszalną. Pijemy więc to, co dobrze oceniane, łatwe (po już przyswojone) i przyjemne. Po prostu „dobre”. Tylko czy zastanawiamy się, jakiż to szczególny rys owego wina został uwzględniony w tym co spożywamy? Może to podobne do wszystkiego czyli niczego wino nie ma żadnych specjalnych przymiotów, jest tylko soczyste; tu borówka, tam jeżyna? Czy może to rys, który dotyczy rzeczy samej w sobie, bez upiększeń, zapośredniczeń, woalu czy bliżej nieokreślonej maski? Tu jasno, lecz płytko, tam głębia, choć ciemno…

IMG_25991

W tym właśnie tkwi całe nie(z lub po)rozumienie. Wieczne przekonanie, że tylko to, co najbliższe i najlepiej znane, da nam wygodne życie-w-winie. Nieprzekraczalny próg, który sprawia, że nie wyszliśmy nigdy z Platońskiej jaskini cieni, jesteśmy skazani na widzenie tylko pozoru, znamy też tylko pozorne rozwiązania swych problemów. To marzenie o niezmienności sprawia, że nie potrafimy uciec od owej samozawinionej niedojrzałości. To przeszłość, związana z przyszłością (tego co pomyślimy), nie pozwala nam przysiąść na progu chwili (Nietzsche). Jednak z chwilą uwolnienia się (a nawet próby) z owych ram, kiedy zdecydujemy się na wyjście z jaskini świadomości, kiedy wyzbędziemy się lęku, będziemy mogli pójść nową drogą. Zobaczymy fasadowość konfekcji, fasadowość owej wewnętrznej pustki, która z zewnątrz niedostrzegalna, jest podobna do budowli, która rozpada się i zmienia w ruinę, podczas gdy jej fasada pozostaje nietknięta - i dopiero wtedy (pewnego dnia) okaże się - jak pisał Calasso - że okna są jak puste oczodoły, które obramiają niebo w głębi za sobą. I wówczas, gdy zniknie ów mdlący zapach podobny do formaliny, nowego wymiaru nabierze ekscytacja, a więc przywołanie czy nawet bardziej adekwatnie, przyzywanie. Przyzywanie tradycji, nadal jeszcze w jej widmowym, nieco mętnym charakterze. Tradycji, przeszłości, która staje się owym miejscem przywoływania, proroctwem przyszłości. To przywołanie, które omija naszą wewnętrzną ugodę z tym, co jeszcze przed chwilą, w lęku, uważaliśmy za oczywisty nonsens - bo tak nas wykształcono. Owa rzeczywistość, a w zasadzie fikcja, w której jesteśmy, byliśmy zanurzeni, pełna niespójności, niedokonań, narzuconego braku, nawiedzenia, staje się swoistym szczęściem. Szczęściem, które budzi zawiść, jak owo istniejące między kobietami (czy mężczyznami), które mogłyby się nam oddać, by przywołać Waltera Benjamina.

czaszka

Tylko czy wrzucenie w ten nowy, nowy wspaniały świat, nie przeraża? Czyż nadal nie odczuwamy, mimo otwartości, będącej regułą porzucenia tego-co-było, lęku? Wyjątkowość jest wyrazem rzeczywistego, prawdziwego życia (wino jest życiem, a jakże!), przełamującą rzeczywistość skostniałą w swej powtarzalności, pełną załomów, z których trudno się wydobyć. Bez odkrywczej spontaniczności, to co postrzeżone nagle, naprędce, pozostanie niezgłębione i otoczone aurą tajemnicy. Jednak spróbujmy po raz kolejny, dajmy się ponieść, bo wrzuceni w ten nowy świat, kiedy wyzbywamy się lęku przed nieznanym, dopada nas jednak ekscytacja, owo przywołanie świata, który do tej pory nie istniał lub był wyśmiewany. Ekscytacja ma w sobie ową niezawodną możliwość poznania, pozwala, a więc wyzwala z lęku przeszłości, dopuszcza, przyzywa, wywołuje nas ku sobie. To ekscytacja podobna do tej, którą odczuwamy w zderzeniu 19-procentowego Negromaro i jego naturalnego odpowiednika. W końcu dostrzegamy, że ta nieszczęsna svinatura dolce, która miała być swoistym wybawieniem, okazała się jedynie dążeniem do unifikacji, do stworzenia produktu uniwersalnego bez względu na czas i miejsce. Dostrzegamy, że wino to nie tylko proces fizjologicznego przyswajania, ale i historia, natura utkana z analogii. Jak nić spleciona z podrzędnych włókien, która jednak czasami wyzbywa się zbędnej jej osnowy i samotnie tętni własnym życiem. To chyba najbliższa winu metafora, której Calasso użył wprawdzie do opisu poezji, jednak doskonale pokazuje, że wino to po prostu akt twórczy; słabszy obraz się zdarza, ale nadal jest przedstawieniem, jest prawdziwy. Właśnie tak, wino, ze swej natury, powinno być obrazem wszelkiego życia. Kiedy to w sobie przyswoimy, odrzucimy lęk, zrozumiemy, że już nie musimy zastanawiać nad tym co zrobić, kiedy okaże się, że to niemowlęce gaworzenie o terroir u epigonów owego nieszczęsnego Negroamaro, to tylko wody niosące umarłych. Jak w Celanowskiej strofie:
We dwójkę płyną umarli
We dwójkę, opływa ich wino
Winem na ciebie wylanym
Umarli we dwójkę płyną…

13:44, vigneto.monty
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 25 maja 2017

Przez trzęsawisko wiedzie do boru ścieżka długa, niezmierzona. Kto ją wydeptał? — Człowiek, pierwszy, który się tu pojawił. Przed jego przybyciem nie było jej jeszcze...Zdjecie_12.03.2014_09_49_502

Zdjecie_12.03.2014_09_55_32

Zdjecie_12.03.2014_09_50_521

Zdjecie_12.03.2014_09_55_251

Zdjecie_12.03.2014_09_50_122

Zdjecie_12.03.2014_09_55_461

Zdjecie_12.03.2014_09_49_592

Zdjecie_12.03.2014_09_50_241
 Więc jakie będzie to szczęście zapowiedziane...?

 

12:59, vigneto.monty
Link Komentarze (1) »
niedziela, 29 grudnia 2013

Jeżeli bogowie nie czynią nic nieprzyzwoitego, oznacza to, że już nie są bogami. Stéphane Mallarmé


Niestety. Nowoczesna enologia przynosi skutki odmienne o tych, jakich zgodnie z jej początkową intencją oczekiwano. Jest czymś radykalnie innym w porównaniu z rzeczywistością, która ją poprzedzała. Jednak mimo swej (nie)sprawności - bo w zamierzeniu miała stać się owym "nadchodzącym bogiem", wyzwolić nas z epoki situ squaloreque obsita, zaś sama pokryła się brudem i odpadkami - nie jest czymś na kształt rerum novarum, cezurą, żelazną regułą nadającą sens. Bowiem problem, mimo wszelkich przebrań i masek, pozostaje ten sam: marionetkowość. Choć czasami bywa i tak, że to co bierzemy za rzeczywistość, jawi się jako urojenie. Jest nim w istocie. Jeszcze gorzej, kiedy to, co zdawało się owym urojeniem, jest czystą prawdą. Slavoj Žižek recepty szuka u Lacana. Rezultatem tych rozstrzygnięć staje się matriksowy problem czerwonej i niebieskiej pigułki. Nie tyle rozstrzygnięć, co kolejnego wyboru, bowiem żadne z dwóch proponowanych przez Morfeusza wyjść nie jest użyteczne. Ludzkie doświadczenie, ujęte na sposób psychoanalityczny, nie składa się bowiem z dwóch oddzielnych warstw, z warstwy iluzji i warstwy prawdy; realność i fikcja są ze sobą nierozerwalnie związane. Žižek domaga się "trzeciej tabletki", takiej, która umożliwiłaby dostrzeżenie prawdy nie tyle poza iluzją, co w obrębie samej iluzji. Ja pójdę dalej: tylko nieliczni mają odwagę wyjść poza ową przestrzenną metaforę powierzchowności i głębi, zajrzeć "pod spód", na drugą stronę lustra, do jaskini platońskiej (lub jeśli ktoś woli matriksowej króliczej nory). Žižek mówi, że w lacanowskim rozumieniu, to nie tak, że jest jakaś rzeczywistość poza Matrixem, choćby jako pustynia. Rzeczywistość to machineria Matrixa. Nawet jeśli to kłamstwo, to pięknie wymyślone? Niekoniecznie. To czyni owo pytanie jeszcze bardziej nieustępliwym. Po prostu trzeba na nie odpowiedzieć. Trzecia pigułka jest tylko pośrednią drogą, owym sokratycznym lękiem przed konsekwencjami, które i tak nadejdą. Według Żiżka-Lacana, prawda jest na powierzchni, a więc w iluzji: jest w tym, co się samo uporczywie narzuca. W tym, co natrętnie powraca. Prawda ma strukturę fikcji. Wychodząc poza ten psychoanalityczny dyskurs, mogę jedynie zaproponować czwartą drogę. Nie, nie pigułkę. Drogę. Trzecia pigułka jest dla zlęknionych. Tych bojących się owej nagiej rzeczywistości, nagiej prawdy. Najpierw trzeba dostrzec rzeczywistość w fikcji jaką są wina konwencjonalne (tudzież konfekcyjne jak je z lubością nazywam), dotrzeć do owego pozoru, złudzenia, by zrozumieć czym jest, a w zasadzie powinno być prawdziwe wino. Dotrzeć do jego istoty. 

do króliczej nory

Zdrowe rozbawienie wzbudza we mnie fakt, iż wielu uważa tzw. wina konwencjonalne, liniowo rzeźbione eno-twory, za najzupełniej "naturalny" stan rzeczy, choć są to wina najbardziej zmanipulowane. To jest po prostu ów wyuczony schemat, jedyny akceptowalny stan rzeczywistości, gdzie wszystko to, co wychodzi poza jest natychmiast odrzucane. Czy można uznać  za terroirystyczne, a więc oddające rys siedliska wino, które pachnie i smakuje wszystkim prócz szczepowego charakteru? Czy warto zachwycać się zapachem fiołków w winie, które zyskało ów aromat dzięki specjalnie do tego celu przetworzonym drożdżom? Owa proklamacja sztucznego barbarzyństwa ma swoje korzenie w "nowoczesnej" enologii, w rytmicznej gimnastyce, w owym służebnym łańcuchu ludzkiej próżności, owej gromadzie bigotów, która przekazuje sobie "wiedzę", choć w tej sprawie akurat nie zrobiono niemal nic! A w zasadzie nie wydarzyło się niemal nic, bo nikt z owych poważ(a)nych nie dostrzegł tego, co się wydarzyło. Fikcja wypala jedynie nieusuwalny, dotkliwy stygmat na całe życie, który pokutuje owym przekonaniem, że wszystko można otoczyć jedynie słusznym, zobowiązującym murem konfekcji. 

terroir

Drastyczna deklaracja? Raczej droga, która pozwoli ujrzeć, co się stanie gdy wydrwi się wszelkie "zasady", zobaczy to, co niedorzeczne, wyzwolonym z zamglenia okiem. Dostrzeganie, które do tej pory było czymś zakazanym, czymś, czego eno-ortodoksje w swoich rozmaitych odmianach, niemal instynktownie unikały. Wyzwolenie, które pozwoli popełniać rzeczy nieprzyzwoite.

 
1 , 2 , 3
Tekst alternatywny
O winach naturalnych, o tym jedynym, prawdziwym byciem-ku-życiu w winie